2p

Adrianna Tomczak: „Czasami, by ruszyć z miejsca wystarczy lekki kopniak”

Mieszka z rodziną w Niemczech od dwóch lat. Wyjechała z Polski, bo od dawna było jej tam po prostu “za ciasno”. Prowadzi blog „Emigracja po Sukces” dla ludzi, którzy wierzą, że emigracja to szansa, którą trzeba odpowiednio wykorzystać.  Dr Adrianna Tomczak opowiada o swoim nowym życiu w Niemczech oraz o możliwościach odniesienia sukcesu na emigracji.

 

Adrianna Tomczak. Fot. archiwum prywatne

Przyjechałaś do Niemiec niedawno, dlaczego zdecydowałaś się na emigrację?

Decyzję o emigracji podjęłam dawno, czekałam tylko na odpowiedni moment. Zawsze czułam, że w Polsce jest mi trochę „zbyt ciasno”.  Nie chcę, by mnie źle zrozumiano – kocham ten kraj, to zawsze będzie moja ojczyzna, ale świat niesie tyle wspaniałych możliwości, jest tyle do odkrycia, do zobaczenia. Zawsze byłam tego ciekawa. Natomiast musiało wiele wody upłynąć zanim mój mąż dojrzał do tej decyzji. Zostawił karierę, której poświęcił 18 lat swojego życia, ja pracę w korporacji, która dawała mi mnóstwo satysfakcji. Ale – jako że są dwie strony medalu – zostawiliśmy w Polsce wszystkie koszty, jakie się z tym wiązały: stres, napięcie, nieuważność, pogoń za pieniędzmi, notoryczną nieobecność, bo choć byliśmy w domu ciałem, wszystko krążyło wokół pracy. Byliśmy wypaleni życiowo. I choć zdawaliśmy sobie sprawę, że koszty będą ogromne, doszliśmy do wniosku, że to ostatni moment na zmianę. Za parę lat już nie będzie nam się chciało. Córka kończyła szkołę podstawową, miała rozpocząć naukę w gimnazjum. Uznaliśmy, że skoro i tak zmieni szkołę, to dobry moment, żeby wyjechać. Dużo godzin w trójkę rozmawialiśmy, ustalaliśmy szczegóły, motywowaliśmy się nawzajem.

 

Do Niemiec przyjechałaś najpierw sama, mąż z córką dołączyli do Ciebie po kilku miesiącach.

Tak, co prawda w większości przypadków to mężczyzna przyjeżdża do pracy, a dopiero potem dołącza do niego rodzina, u nas było odwrotnie. Do Montabaur, małego miasta niedaleko Koblenz dotarłam pod koniec marca 2015 r. Mieszkanie i pracę załatwiałam jeszcze będąc w Polsce, co było bardzo karkołomne, ale udało się.  Mieszkanie było maleńkie, takie „na przeczekanie”. Po przyjeździe zaczęłam szukać większego. Nie bez znaczenia był fakt, że mamy psa, labradora, więc znalezienie mieszkania, gdzie właściciel akceptuje czworonogi, było nie lada wyzwaniem.  W sierpniu dotarła moja rodzina.

 

Wasz wyjazd z Polski był zaplanowany, w jaki sposób przygotowaliście się do niego?

Przygotowania do opuszczenia kraju trwały rok. Wiedzieliśmy, że barierą będzie język, ale z osobistych względów zdecydowaliśmy się na Niemcy. Odkładaliśmy pieniądze na start, mąż uczęszczał na kurs językowy, do córki przychodził lektor. Natomiast ja na naukę niemieckiego poświęcałam 2 godziny dziennie  spędzane w pociągu. I choć wydawało mi się, że nie jest najgorzej rzeczywistość i tak mnie niemile zaskoczyła.

Z drugiej strony miałam poczucie, że rodzina na mnie liczy. I że nie mogę zawieść, tak wiele ode mnie zależy. Dlatego cały wolny czas uwagę koncentrowałam na zorganizowaniu tutaj życia, załatwienie spraw administracyjnych, orientacji co do przepisów. Chłonęłam wszystko jak gąbka, analizowałam, szukałam możliwości. Byłam sama i żeby nie oszaleć postanowiłam wykorzystać ten czas na ukończenie mojej pracy doktorskiej, na co nie mogłam znaleźć w Polsce wolnej chwili. W ten sposób w 2 miesiące skończyłam pisać, przygotowałam się do egzaminów, a na początku lipca przyjechałam do Wrocławia i się obroniłam. To też wymagało sporo wysiłku, przy mocno ograniczonym dostępie do internetu i książek – nie wszystko mogłam kupić, przywieźć, nie do każdej pozycji dotrzeć. Kiedy wszystko się sypało, kiedy już traciłam siły, zakładałam dres i biegałam.

 

Gdzie w tej chwili pracujesz?

Od początku mojego pobytu pracuję w hotelu. Zdaję sobie sprawę, że i praca i mieszkanie są tymczasowe, ale jednocześnie jestem bardzo wdzięczna za to, co mam.  Doskonale pamiętam, jak wiele wysiłku kosztowało mnie zdobycie jednego i drugiego, bo i my mamy za sobą trudne chwile.

W wolnych chwilach prowadzisz bardzo ciekawy blog Emigracja po Sukces. Powiedz proszę, do kogo jest on skierowany i skąd wziął się pomysł na jego założenie?

Kiedy przyjechałam do Niemiec zauważyłam, że ludzi często latami tkwią w jednym miejscu. A ja wiem, że Polacy potrafią być pracowici, zorganizowani, ambitni. Znaleźli w sobie ogromną odwagę, by wyemigrować, ale gdzieś po drodze przystanęli i nie idą dalej. Że latami pracują w tych samych miejscach, bez szans na rozwój, na zmianę. Bez większych wzlotów i upadków zadowolili się czymś „pomiędzy”. Brak bliskich wokół siebie jeszcze pogłębia ten marazm. A czas leci…

Jestem certyfikowanym trenerem, w Polsce prowadziłam szkolenia z tzw. kompetencji miękkich.

Z drugiej strony jedną z moich najważniejszych wartości w życiu jest pomaganie innym. Jeśli nie mam poczucia, że robę coś ważnego, pożytecznego dla innych, moja praca traci sens. Mam za sobą trudne dzieciństwo, wiele niepowodzeń, ale jednocześnie mnóstwo wdzięczności za to, co otrzymałam od losu. Szukam w każdym dniu dobrych momentów, które są moimi dopalaczami. Mieszkam za granicą i choć niejeden ma za sobą drogę trudniejszą niż moja rozumiem, co to emigracja. Pomyślałam więc, że wykorzystam moją wiedzę i doświadczenie, by wesprzeć innych. I tak, w październiku 2016 r. powstał blog kierowany nie tylko do kobiet, ale również do mężczyzn i młodych ludzi, bo uważam, że cenę za emigrację ponosi cała rodzina. Dlatego ogromnie mnie cieszy, że moje wpisy trafiają do różnych osób.

 

Uważasz, że Twoje motywujące wpisy mogą pomóc polskim emigrantom w realizowaniu siebie za granicą?

Czasami, by ruszyć z miejsca wystarczy lekki kopniak i kilka zdań:  „weź się w garść”, „nie poddawaj się”. Czasami nie mamy wokół siebie takiej osoby, która powie „nie, no Ty nie dasz rady? Oczywiście że dasz!”. Kogoś, kto w nas uwierzy, a jak zaczniemy jęczeć, przerwie w pół słowa i powie: „przestań p**! Do roboty!”. Chciałabym, by mój blog stał się takim miejscem, a ja taką motywacją.

Ale nie należę do grona „hurra-optymistów” – nie wszystko i nie za wszelką cenę. Jest w tych wpisach wiele emocji. Buduję z czytelnikami więź ujawniając czasem więcej, niż powinnam. Ale o to chyba chodzi. O taką uczciwość i odwagę w pokazywaniu siebie. Bo ja też czasem nie mam siły. Mnie też czasem wszystko się wali na głowę. Potrzebuję chwili, godziny, kilku dni, by stanąć na nogi. Dobrego słowa, ale niekiedy kilku ostrych. Wówczas podnoszę się i idę dalej. Wiem, że zmiana to proces i musi potrwać. Po drodze czeka nas samotność, rezygnacja, frustracja, lęk. To są emocje, których nie należy się wstydzić, ale które trzeba nazwać i zmierzyć się z nimi. Namawiam do dystansu, do zatrzymania się na chwilę, do podarowania sobie czasu. Do tego, byśmy wysoko powiesili poprzeczkę, ale ze zrozumieniem przyjmowali porażki.

Dopełnieniem bloga jest fanpage na FB Emigracja po Sukces, gdzie można znaleźć słowa wparcia, przykłady zwycięstw, ale także niepowodzeń, które przerodziły się w sukces. Wierzę, że na końcu ścieżki czeka na nas nagroda. Dlatego skupmy się na tym co dobre, przygotujmy, na ile można i … w drogę.

 

Dlaczego zdecydowałaś się nazwać swojego bloga „Emigracja po Sukces”?

Długo szukałam nazwy dla mojego bloga, by wreszcie nazwać go Emigracja po Sukces. Bo mocno wierzę w to, że może być sukcesem, jeśli tylko będziemy mieć jasność, czego od życia chcemy i zaczniemy działać. Wówczas wszechświat odpowie. Pojawią się odpowiednie możliwości, odpowiedni ludzie. Ale musimy wyjść temu naprzeciw. I bez znaczenia jest kontynent czy kraj. Wszystko jest w nas.

 

Co według Ciebie trzeba zrobić, by osiągnąć sukces na emigracji?

Powiedzmy sobie wprost – jednym z podstawowych celów, dla których emigrujemy, jest chęć polepszenia naszej sytuacji finansowej. I to się zazwyczaj udaje. Problem pojawi się gdzie indziej – jesteśmy w stanie wydać tysiące euro na wakacje, ale szkoda nam 150 E na kurs językowy, czy kilkaset na podniesienie naszych kwalifikacji, które zwiększą szanse na powodzenie naszych planów. Oczywiście, każdy chce odpocząć, ale jeśli masz marzenie, chcesz osiągnąć sukces, musisz czasem ponieść jakąś ofiarę. Ale najpierw trzeba zadać sobie samemu pytanie: czy ja chcę tego czy nie? Co jestem w stanie dla tego poświęcić? Czy kocham to, co robię? Czy gdy to robię, mija godzina, choć zdaje się, że chwila, tak mnie to zajęcie pochłania. I tak jest ze mną. W weekendy wstaję pierwsza, w domu jeszcze cisza, wszyscy śpią. Przygotowuję kawę w ekspresie i zasiadam do pisania. W ten sposób powstają moje teksty na blog. Bo kocham to, co robię. I gdy mój mąż staje w drzwiach salony zaspany i kręci głową z niedowierzaniem „jak można się nie chcieć wyspać po całym tygodniu pracy”, ja ruszam w stronę ekspresu zrobić jemu pierwszą, sobie druga kawę. I mam wrażenie, że unoszę się w powietrzu. I o takie emocje właśnie chodzi.

 

Dlaczego według Ciebie, Polacy na emigracji boją się otwierać własne biznesy?

Myślę, że oprócz oczywistych spraw, jak bariera językowa, brak znajomości przepisów, jednymi z głównych hamulców są obawa, że się nie uda oraz brak jasności czego chcę w życiu. To jest podobnie jak z każdą inną decyzją. Boimy się odważyć. Boimy się ryzyka. Że poniesiemy ogromne koszty niewiele zyskując, bądź wszystko tracąc. I ktoś powie: „dobrze mu tak”. I ktoś nas w twarz bądź za plecami wyśmieje. I nikt nie skorzysta z naszych usług. Telefon będzie milczał, na skrzynkę mailowa zamiast zamówień zaleją reklamy. Że będziemy żałować, że spróbowaliśmy. Że będziemy sobie powtarzać  „po co nam to było? Trzeba było siedzieć cicho i robić swoje… Nie wychylać się”. Nie ma znaczenia, czy otwieramy polski sklep w Niemczech, biuro rachunkowe w Anglii, czy mały pensjonat we Włoszech. Lęk towarzyszy nam zawsze. Ale jeśli wiemy, dokąd idziemy, zawsze tam dojdziemy. Jeśli ktoś wkłada serce, czas i kocha to, co robi, zawsze znajdzie się sposób, żeby stało się to sposobem na utrzymanie, zarabianie, odnoszenie sukcesów. Świat jest pełen takich ludzi, znamy miliony takich historii. Pracowałam w Polsce dla P& G. W tej chwili to firma, która oferuje ponad 300 marek swoich produktów i zatrudnia ponad 135 tys. pracowników na całym świecie. Ale nie każdy wie, że powstała ona jako  efekt współpracy producenta świec i wytwórcy mydła z niewielkim kapitałem… w garażu.

 

Słyszałam, że już w najbliższych tygodniach Twój blog trochę się zmieni i będzie można na nim znaleźć wiele nowości, jakich?

Już niedługo pojawi sie na nim oferta wykładów autorskich i warsztatów dla osób, firm, organizacji. Chciałabym zmobilizować tych emigrantów, którzy dziś przystanęli, do ruszenia z miejsca, do sięgnięcia po to, co wydawało się nie do osiągnięcia. Zwiększyć ich skuteczność i satysfakcję w życiu i osobistym i zawodowym.  Bo wierzę w Polaków. Wiem, że mają moc. Trzeba im tylko o tym przypomnieć.

W ten sposób blog stanie się początkiem mojej drogi zawodowej. Czy się boję ? Oczywiście. Mam w głowie mnóstwo wątpliwości. Ale wiem też, że jedni działają mimo strachu, a drudzy pozwalają, by strach ich paraliżował. A ja jestem fighterem i moim życiowym mottem jest: „trudność to szansa w przebraniu”.

 

Wielu Polaków rezygnuje ze swoich celów i marzeń na emigracji. Uważają wyjazd za granicę jako „przerwę w życiorysie”.

Mocno wierzę w to, że emigracja może być dla nas szansą. Ktoś, kto wyemigrował, ma w swojej walizce ogromny bagaż bezcennych doświadczeń. To daje nam solidne fundamenty do rozpoczęcia życia na własnych zasadach, na podążanie za marzeniami. Czy w Polsce można to zrealizować ? Oczywiście, jak najbardziej. Ale na emigracji również. A moim zdaniem – jeszcze bardziej.

 

Co mogłabyś doradzić osobom, które przestały wierzyć na emigracji w swoje możliwości?

Co powiem wątpiącym?

Powiem im,

…. że najpiękniejsze w życiu jest to, że… jest.  Że nam się w ogóle przydarzyło żyć. Więc wykorzystajmy ten czas najlepiej, jak potrafimy. Żyjąc z całych sił, w zgodzie ze sobą, własnym sumieniem. Określmy cele, zróbmy plan i do dzieła !

…że obawa przed zmianą jest taka głupia ! Bo bać się powinniśmy bezsensownego życia. Lat spędzonych na lęku przed zrobieniem czegokolwiek. Wciąż oglądania się na innych. Trwania w przeszłości, rozpamiętywanie tego, co by było, gdyby…  Nieszczęście może się zdarzyć bez względu na to, czy działamy, czy nie. Bójmy się tkwienia w sytuacji, która nam nie pasuje. Wegetacji. Bo to gorsze, niż śmierć. Bo to śmierć  za życia.

A na końcu powiem im, żeby wycisnęli to życie jak cytrynę. I jeszcze tą skórę, która zazwyczaj idzie do wyrzucenia. Bo drugiej szansy nie będzie.

rozmawiała Anna Malczewska