in ,

Polak stworzył niezwykłe miejsce za granicą. Ludzie odzyskują w nim wiarę w sens życia

Jedni nie potrafią opanować napadów kompulsywnego objadania się, inni, aby rozluźnić się sięgają po drinka, jeszcze inni po narkotyki. Form uzależnienia jest wiele, ich przyczyna zawsze podobna. Można być alkoholikiem, narkomanem, zakupoholikiem, hazardzistą  czy osobą z zaburzeniami odżywiania, a o naszej chorobie nie będą wiedzieć nawet najbliżsi. Wie o tym Paweł Durakiewicz, Polak, któremu udało się wyjść z nałogu  i który rok temu założył na Sycylii ośrodek leczenia uzależnień. Opracowana prze niego nowatorska metoda terapii przynosi zaskakujące rezultaty – odsetek osób, które nie mają nawrotów choroby jest wysoki. O terapii w Ranczo Salemi i o tym, jak pokonać uporczywe, wewnętrzne demony  Paweł Durakiewicz rozmawia z Danutą Wojtaszczyk.


Nasi czytelnicy wiedzą, że jest Pan niepijącym alkoholikiem, który założył ośrodek uzależnień dla Polaków w malowniczym miasteczku na włoskiej wyspie. Wiedzą też, że skończył Pan studia w Stanach Zjednoczonych, pracował na kierowniczych stanowiskach w korporacjach i zwiedził ponad 60 państw. Wydaje się, że mimo problemów alkoholu miał Pan ciekawe życie. Dlaczego zdecydował się Pan całkowicie je zmienić, porzucić dobrze płatną pracę i przeprowadzić na włoską wieś? 

Ośrodek leczenia uzależnień Ranczo Salemi. Na zdjęciu Paweł Durakiewicz, właściciel ośrodka; widok z okna domu terapeutycznego.

Nie miałem fajnego życia, nawet jeśli moje CV może wyglądać imponująco. Dwa lata temu osiągnęłam taki stan wewnętrzny, że zacząłem poważnie myśleć, o tym, aby wyjechać na jakąś wyspę  i zapić się na śmierć. Gdyby nie to, że mam dwóch małych synów, których bardzo kocham, pewnie tak by się stało.

Naprawdę był Pan alkoholikiem przez 25 lat i nikt z Pana otoczenia o tym nie wiedział?

Tak było, chociaż przez lata nie zdawałem sobie sprawy, że mój sposób na rozluźnianie się,  poprzez alkohol,  to choroba, która niszczy mnie psychicznie i fizycznie. Jest taki stereotyp, że wszyscy wokół alkoholika wiedzą, że ma on problem i powinien się leczyć, a on jeden jedyny nie zdaje sobie z tego sprawy. Prawda jest jednak taka, że przeważnie jest zupełnie odwrotnie.  Żyjemy w kulturze, w której się pije, toteż dopóki nie rozrabiasz i jesteś w stanie w miarę normalnie funkcjonować na co dzień, nikt może się nie domyślić, że jesteś chory. Podobnie jest z ludźmi, którzy cierpią na kompulsywne obżeranie się, uzależnienie od zakupów, seksu,  hazardu czy narkotyków. Wszyscy nałogowcy potrafią być doskonałymi aktorami i  skrzętnie skrywać swoje uzależnienie nawet przed najbliższymi członkami rodziny.

Co dokładnie spowodowało, że zdecydował się Pan leczyć?

To był właśnie ten dzień, o którym mówiłem wcześniej. Miało to miejsce przed dwoma laty. Poczułem, że moje wewnętrzne cierpienie jest tak wielkie, że już dłużej go nie zniosę. Zapragnąłem wyjechać gdzieś daleko i zapić się na śmierć. Pojawiła się jednak myśl, że jeśli to zrobię, zniszczę życie moim synom. Bardzo ich kocham,  toteż świadomość, że z mojego powodu mieliby zmarnowane dzieciństwo,  nie opuszczała mnie, ani na chwilę.  Chociaż kosztowało mnie to nadludzkiego wysiłku, zdecydowałem się wsiąść w samochód i pojechać na czterotygodniowy turnus leczniczy do ośrodka dla uzależnionych.

Jak wyglądała terapia? Po jej zakończeniu nie miał Pan nawrotów choroby?

To był  ośrodek, w którym stosowano tradycyjną formę terapii. Byliśmy pod opieką lekarzy, psychiatrów i psychologów. W czasie wolnym od zajęć terapeutycznych pacjenci przeważnie spędzali czas na rozmowach, pijąc kawę i paląc papierosy. Szkoda, że tak to wyglądało, bo okolica była urocza, polskie góry. Brakowało mi ruchu, jakiejś aktywności na świeżym powietrzu, która pomogłaby uspokoić gonitwę myśli. Detoks się jednak udał, przestałem pić, ale by wytrwać w trzeźwości musiałem zmienić  całe swoje życie.

Napisał Pan w swoich wspomnieniach, których fragment  opublikowaliśmy w październiku, ubiegłego roku: „Na terapii zobaczyłem film <Droga Życia>  na temat pielgrzymki El Camino de Santiago. Film ten zainspirował mnie do odbycia podobnej drogi. Chciałem zrobić to w samotności i chciałem, by ta droga była prawdziwym wyzwaniem. Zdecydowałem się na Alpy, trek Via Alpina, który przechodzi tylko kilkanaście osób rocznie. Był to miesiąc ogromnego wysiłku fizycznego. Posiadanie celu każdego dnia uwolniło mnie od myśli o alkoholu. Góry mnie oczyściły. Tam przewartościowałem priorytety. Zrozumiałem, że to co wydawało mi się ważne, tak naprawdę ważne nie było. Zdałem sobie sprawę, że mam bardzo dużo szczęścia, że wciąż żyję, że mogę oddychać, widzieć piękno świata”.  Po przejściu 1000 km podjął Pan decyzję o założeniu ośrodka leczenia uzależnień. Jak wygląda terapia w Pana domu terapeutycznym na Sycylii?

„Ranczo Salemi”, póki co, jest polskim miejscem pośród sycylijskich wzgórz. Możliwe, że z czasem będziemy prowadzić także leczenie dla Włochów którzy coraz częściej do nas dzwonią, jednak  tworząc ośrodek, myślałem o rodakach toteż na dzień dzisiejszy, zatrudnieni w nim terapeuci to sami Polacy, nota bene znakomici specjaliści. Ponieważ sam przez wiele lat byłem uzależniony i wiem, dlaczego choroba miewa swoje nawroty, zależało mi, aby stworzyć miejsce, które oprócz detoksu, dostarczy pacjentom narzędzia, które po powrocie do domu pomogą im radzić sobie z wewnętrznymi demonami. Będąc uzależnionymi, sięgamy po alkohol, jedzenie,  narkotyki czy hazard w momencie, aby jak nam się wydaje, w szybki sposób zlikwidować wewnętrzne napięcie i emocje, które nas przerastają. Nie potrafimy tego powstrzymać mimo tysiąca podejmowanych prób. Skutecznym narzędziem w rozładowywaniu stresu jest joga, medytacja, sztuka oddychania, o czym sam się przekonałem.  „Ranczo Salemi” to pierwszy ośrodek, w którym łączona jest tradycyjna psychoterapia z pracą nad ciałem, a instruktorzy dostępni są dla gości przez cały czas trwania pobytu w ośrodku.

Wiem, że chodzi o specyficzną odmianę jogi. Na czym ona polega?

To jest joga, która poznałem podczas mojej podróży po Ameryce Łacińskiej. W kilku różnych krajach mówiono mi o szkole jogi i medytacji “Hridaya Yoga” w Meksyku. Pod wpływem tych sugestii zawróciłem z podróży po kontynencie i  wróciłem do Meksyku.  W szkole tej spędziłem kilka miesięcy. Dzięki jodze nawiązałem kontakt z samym sobą, zacząłem czuć własne serce. Zdałem sobie sprawę, że całymi latami nie byłem świadomy swoich uczuć. Nie chodzi o robienie jakiś niesamowitych wygibasów czy zakładanie nogi na głowę, z czym często joga się kojarzy, ale o proste ćwiczenia, które może wykonać każdy. W rozluźniają napięcia mięśniowe,  zdejmują blokady energetyczne i w szybki sposób pomagają poczuć się lepiej.

 Co jeszcze oferuje dom terapeutyczny na Sycylii?

Oprócz jogi i medytacji prowadzone są też tradycyjne zajęcia terapeutyczne. Jednak nie w tym tkwi skuteczności leczenia, które oferuje nasz ośrodek. Na to składa się szereg czynników i sposób w jakie płynie życie podczas turnusów terapeutycznych. W naszym domu tworzymy rodzinę, spędzamy czas nie tylko na zajęciach, ale też na wspólnych wycieczkach i spacerach.  Kontakt z przyrodą, która tu jest tak nieprawdopodobnie piękna, rozmowy, wspólne działanie,  pomagają odzyskać wiarę w sens życia.

Założył Pan ośrodek, aby wytrwać w trzeźwości i dzielić się z innymi swoim doświadczeniu w zakresie pokonywania nałogów. Co Panu przynosi najwięcej satysfakcji w tej pracy? Jak człowiek, który pół życia pracował w korporacjach i tzw. wielkim świecie odnajduje się na włoskiej wsi?

W momencie, kiedy z Panią rozmawiam, siedzę na plaży cieszę się pięknym słońcem, lazurowym morzem, patrzę na roześmianych wczasowiczów. Nie jestem na urlopie, tylko w pracy. Dzięki Ranczo poznałem wspaniałych ludzi, zarówno terapeutów jak i pacjentów, są oni moją codziennością. Nie podam statystyk, bo jest na to jeszcze za wcześnie, ale powiem Pani, że odsetek osób, które po zakończonej u nas terapii nie miała już więcej nawrotu choroby jest bardzo duży. To daje mi poczucie spełnienia. Wreszcie czuję, że moje życie ma sens. Uzależnienie prędzej czy później prowadzi do śmierci. Jestem, szczęśliwy, iż poprzez to co robię, mogę pomagać innym uwolnić od tego, co zabija ich fizycznie i psychicznie.

Kim są ludzie, którzy przyjeżdżają do Ranczo Salemi?

Pacjenci są bardzo różni i w różnym wieku. Patrząc na nich często uwierzyć, że od lat borykają się z uzależnieniem. Zdarza się przyjeżdża na leczenie celebryta. Patrzysz na człowieka i myślisz w duchu: „W życiu bym nie powiedział, że on czy ona może mieć taki problem”. Trochę jeszcze jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni do dawnego myślenia, że alkoholik to ktoś, kto wszystko stracił i mieszka pod mostem. Dzisiaj ten stereotyp możemy spokojnie przenieść do lamusa.

W momencie, kiedy z Panem rozmawiam, siedzę na tarasie w moim mieszkaniu, położonym w niedużym miasteczku położonym nad morzem i wkrótce udam się z synkiem na plażę. Podzielam Pana przekonanie, że życie z dala od zgiełku wielkiego miasta jest znacznie przyjemniejsze. Ma Pan jakieś motto życiowe? Jak ono brzmi?

Niech pomyślę… „Najpiękniejsze w życiu rzeczy są za darmo”. To zdanie wypowiedział,  kiedyś ubogi mieszkaniec Salwadoru, kiedy razem oglądaliśmy przepiękny zachód słońca nad oceanem. Od tamtej pory często je sobie powtarzam. To jest obecnie moja myśl przewodnia.

Od czego Pana zdaniem należy zacząć walkę z uzależnieniem, żeby pozbyć się go raz na zawsze?

Od podjęcia natychmiastowej decyzji o tym, że chcemy zmienić swoje życie. Nie ma sensu odkładać jej na jutro, na za miesiąc, na za rok. Jeśli czujemy, że jesteśmy zmęczeni naszym dotychczasowym życiem podporządkowanym nałogowi, podejmijmy decyzje o zmianie TERAZ. To jest myśl, która posiada niewiarygodną moc sprawczą. Powoduje, że natychmiast czujemy, że weszliśmy na zupełnie nową i że jest to piękna droga.

Dziękuję za rozmowę i życzę, samych wspaniałych chwil na Pana drodze.

rozmawiała D. Wojtaszczyk

Więcej na temat Ośrodka leczenia uzależnień Ranczo Salemi na stronie: https://terapiasycylia.pl/

Zachęcamy na obejrzenia wywiadu Łukasza Jakóbiaka  z Pawłem Durakiewiczem

 

 

 

 

Miłość na pokładzie Ryanaira. Stewardessa przyjęła oświadczyny zakochanego pasażera

Pogoda w Niemczech na najbliższy weekend