
Sześć państw UE sprzeciwia się planom Brukseli – Przed rozpoczęciem decydujących negocjacji w Unii Europejskiej doszło do poważnego rozłamu. Grupa krajów, które wpłacają do wspólnej kasy ogromne sumy, postawiła sprawę jasno: przedstawiony plan jest nie do przyjęcia. Jeśli nie zostanie gruntownie zmieniony, porozumienia może nie być. Spór dotyczy niemal dwóch bilionów euro i wydatków, które będą miały znaczenie również dla Polski.

Niemcy oraz pięć innych państw domagają się radykalnego zmniejszenia planowanego budżetu Unii Europejskiej na lata 2028–2034. Jak informują „Handelsblatt” oraz „Financial Times”, żądają cięć wynoszących kilkaset miliardów euro.
Pod wspólnym listem podpisali się kanclerz Niemiec Friedrich Merz oraz szefowie rządów Danii, Holandii, Austrii, Finlandii i Szwecji. Pismo zostało skierowane do premiera Irlandii Micheála Martina. To właśnie Irlandia sprawuje obecnie prezydencję w Radzie Unii Europejskiej i ma odegrać kluczową rolę w poszukiwaniu kompromisu.
Niemcy sprzeciwiają się planom Ursuli von der Leyen
Komisja Europejska kierowana przez Ursulę von der Leyen zaproponowała, aby kolejny siedmioletni budżet UE wyniósł prawie dwa biliony euro. Oznaczałoby to nominalny wzrost o około 60 proc. w porównaniu z obecnymi wieloletnimi ramami finansowymi.
Zdaniem sześciu państw taki plan jest nie do utrzymania.
– To po prostu nierealne. Ani gospodarczo, ani politycznie – napisali przywódcy, cytowani przez „Handelsblatt”.
Domagają się, aby oszczędności objęły wszystkie obszary unijnego budżetu. Nie oznacza to jednak, że chcą utrzymania wydatków dokładnie na dotychczasowym poziomie. Przyznają, że budżet powinien wzrosnąć, ale nie wskazują, o jaką kwotę.
Ich zdaniem więcej pieniędzy należy przeznaczyć przede wszystkim na bezpieczeństwo i obronność, innowacje, konkurencyjność europejskiej gospodarki oraz walkę z nielegalną migracją. Jednocześnie Unia powinna zrezygnować z części pozostałych wydatków i ograniczyć rozrost własnej administracji.
Sześć państw podkreśla, że razem finansuje prawie 40 proc. składek wpłacanych przez kraje członkowskie do budżetu UE. To właśnie ten argument ma uzasadniać ich twarde stanowisko.
Październik może przesądzić o przyszłości unijnego budżetu
Irlandzka prezydencja ma w październiku przedstawić nową wersję tak zwanej ramy negocjacyjnej. To dokument zawierający najważniejsze kwestie sporne oraz liczby, które staną się podstawą dalszych rozmów między państwami członkowskimi.
Przewodniczący Rady Europejskiej António Costa zapowiedział, że jej przedstawienie rozpocznie decydujący etap negocjacji.
Niemcy i ich sojusznicy nie chcą jednak czekać do końca rozmów. Żądają, aby już w październikowym dokumencie zapisano niższą kwotę całego budżetu – informuje „Handelsblatt”.
Rama negocjacyjna musi przewidywać sumę, którą mogą realnie sfinansować państwa ponoszące największy ciężar wydatków – napisali przywódcy. Ostrzegli również, że dokument bez takiego zapisu nie będzie mógł zostać uznany za podstawę negocjacji.
– Tej kwestii nie można odkładać – podkreślili.
Czasu na osiągnięcie porozumienia jest coraz mniej. Przywódcy UE chcą uzgodnić budżet do końca 2026 roku, aby w kolejnym roku można było przyjąć niezbędne przepisy. Dzięki temu wypłata unijnych środków od stycznia 2028 roku nie zostałaby zakłócona.
Francja i Włochy chcą zupełnie innego rozwiązania
W Unii nie ma jednak zgody na cięcia. Francja i Włochy, będące po Niemczech kolejnymi dużymi płatnikami netto, opowiadają się za zwiększeniem wspólnego budżetu. Jednocześnie nie chcą, aby oznaczało to wzrost składek przekazywanych przez poszczególne państwa.
Przeczytaj także: 13 państw UE mówi „dość”. Chcą wielkiej zmiany w unijnych przepisach
Paryż i Rzym proponują więc stworzenie nowych źródeł dochodów dla Unii. Jednym z rozważanych rozwiązań jest europejska opłata cyfrowa, która miałaby obciążyć największe koncerny technologiczne działające na unijnym rynku.
Sześć państw skupionych wokół Niemiec nie odrzuca całkowicie nowych dochodów, ale ostrzega, że nie mogą one zastąpić dyskusji o skali wydatków. Sprzeciwiają się również kolejnemu wspólnemu zadłużaniu Unii.
Ich zdaniem niezależnie od tego, czy pieniądze pochodzą ze składek, nowych podatków czy pożyczek, ostatecznie rachunek i tak zapłacą obywatele państw członkowskich.
Przed Brukselą rozpoczyna się więc wyjątkowo trudna batalia. Z jednej strony Unia potrzebuje więcej pieniędzy na obronność, technologie i bezpieczeństwo. Z drugiej jej najwięksi płatnicy nie chcą finansować budżetu, który uznają za nadmiernie rozbudowany. Październikowa propozycja Irlandii pokaże, czy możliwy jest kompromis, czy też europejski spór o pieniądze dopiero zaczyna się na dobre.
