
UE chce produkować własne baterie. Unia Europejska od kilku lat głośno mówi o swojej niezależności przemysłowej. Zależność od dostawców spoza kontynentu – zwłaszcza z Chin – jest dziś postrzegana jako ryzyko, które trzeba ograniczyć. Jednym z filarów tej strategii ma być własna produkcja baterii. To one są sercem transformacji energetycznej: napędzają samochody elektryczne, magazynują prąd z wiatru i słońca, a w przyszłości mają zapewnić stabilność całej sieci energetycznej. Bruksela chce więc, by większość baterii wykorzystywanych w Europie powstawała właśnie tutaj.

UE chce produkować własne baterie. Tyle energii pochłonie ich produkcja
Na papierze brzmi to świetnie. Politycy chętnie pokazują wizję nowoczesnych fabryk, nowych miejsc pracy i uniezależnienia się od azjatyckich gigantów. Ale za tą piękną wizją kryje się pytanie, które nie jest już tak medialne: skąd wziąć energię potrzebną do uruchomienia tej gigantycznej produkcji? Tu do gry wchodzą naukowcy. Zespół badaczy z Uniwersytetu w Münsterze oraz Fraunhofer FFB policzył, jak wyglądałby bilans energetyczny Europy, gdyby rzeczywiście chciała samodzielnie wytwarzać baterie na swoje potrzeby.
Wynik? Od roku 2038 trzeba by co roku przeznaczać na ten cel około 250 terawatogodzin energii. Ta liczba nie mówi zbyt wiele, dopóki nie zestawimy jej z czymś znajomym. Cała niemiecka gospodarka przemysłowa – a więc fabryki chemiczne, stalownie, zakłady motoryzacyjne i elektroniczne – zużywa dziś około 200 TWh rocznie. Innymi słowy, gdyby plany Unii weszły w życie, produkcja samych baterii pochłonęłaby więcej prądu niż cały przemysł największej gospodarki Europy. Przeczytaj także: Pilne wycofanie kosmetyku! UE wzywa do natychmiastowego zaprzestania jego używania
Europa zaczyna działać
Na razie skala wygląda zupełnie inaczej. W krajach UE na potrzeby własnej produkcji baterii zużywa się obecnie około 3,5 TWh energii rocznie – kroplę w morzu przyszłych potrzeb. To ułamek globalnej produkcji, bo aż 90% baterii, które trafiają do europejskich samochodów elektrycznych i magazynów energii, pochodzi z Azji – podaje Chip.
To właśnie ta dysproporcja sprawia, że Europa zaczyna działać. Komisja Europejska zapowiedziała, że do 2030 roku 10% strategicznych surowców (m.in. litu i niklu) ma pochodzić z własnych złóż. Kolejne 40% przetworzonych surowców – takich jak litohydrat czy kobaltosiarczan – powinno być produkowanych w UE. Z kolei 25% zapotrzebowania na metale ma pokrywać recykling starych baterii. Docelowo 9 na 10 baterii montowanych w Europie miałoby powstawać w lokalnych zakładach.
Skąd wziąć energię?
Plan wygląda ambitnie, ale rodzi fundamentalne pytanie: czy Europa zdoła wyprodukować wystarczającą ilość prądu? Bo przecież transformacja energetyczna już teraz stawia ogromne wymagania. Trzeba zasilać nie tylko rosnącą liczbę samochodów elektrycznych, ale też coraz większe zapotrzebowanie przemysłu i gospodarstw domowych.
Do tego dochodzi fakt, że same baterie wymagają dodatkowych 200–250 TWh rocznie na ładowanie pojazdów elektrycznych. Co prawda, około 90 TWh udałoby się zaoszczędzić dzięki temu, że silniki elektryczne są znacznie wydajniejsze niż spalinowe, a magazyny energii zmniejszają straty. Ale bilans i tak pozostaje ogromny.
Dlaczego to takie ważne?
Eksperci podkreślają, że największe wyzwanie czeka Europę w pierwszych latach. To właśnie wtedy konieczne będzie intensywne wydobycie i przetwarzanie surowców – a ten etap pochłania prawie połowę całego zapotrzebowania na energię. Dopiero recykling, który jest mniej energochłonny, pozwoli w kolejnych dekadach zmniejszyć obciążenie.
Nie zmienia to jednak faktu, że zapotrzebowanie na energię w związku z produkcją baterii będzie rosło szybciej niż inne potrzeby gospodarki. A to oznacza, że jeśli Europa poważnie myśli o bateryjnej niezależności, musi już teraz inwestować miliardy euro w rozwój odnawialnych źródeł energii, rozbudowę sieci przesyłowych i nowe technologie magazynowania prądu.
