
UE wprowadza nową klasę samochodów. Wrócą małe auta? Modele, które przez dekady były ulubionym wyborem kierowców w miastach, znikają z rynku jeden po drugim. I nie chodzi tylko o zmieniające się gusta konsumentów. Producenci biją na alarm: unijne regulacje sprawiają, że produkcja kompaktowych aut staje się nieopłacalna. Teraz jest szansa na zmianę: Bruksela szykuje przepisy, które mają obniżyć koszty produkcji i sprzedaży małych samochodów. Jest jednak haczyk: z nowych zasad skorzystają tylko wybrani.

Dlaczego małe i tanie auta zniknęły z salonów?
Przez lata kierowcy mogli wybierać spośród wielu niedużych modeli. Ford Fiesta, VW Up i podobne auta były popularne, praktyczne i relatywnie tanie. Potem zaczęły znikać. Powód był brutalny: coraz surowsze przepisy dotyczące emisji i bezpieczeństwa sprawiły, że produkcja takich samochodów przestała się opłacać.
W małym aucie trudniej rozłożyć koszty drogich systemów wspomagania, elektroniki, czujników i nowych technologii. Efekt? Producenci rezygnowali z najmniejszych modeli albo zastępowali je droższymi samochodami. Dla wielu kierowców oznaczało to dramatyczny wzrost cen i coraz mniejszy wybór. UE szykuje nowe przepisy, które mają zatrzymać ten proces. Pojawi się nowa klasa pojazdów.
Nowa klasa rejestracji M1E. Bruksela stawia warunki
Komisja Europejska proponuje utworzenie specjalnej kategorii dla małych samochodów elektrycznych. Ma ona nosić oznaczenie M1E. To nie będzie jednak furtka dla wszystkich małych aut. Zasady są surowe i bardzo konkretne.
Do nowej klasy mają trafiać wyłącznie pojazdy o długości do 4,20 metra. Muszą być w pełni elektryczne, czyli zasilane wyłącznie baterią. Silniki benzynowe, diesle oraz hybrydy są z góry wykluczone – informuje t-online.
Co ważne, samochody z kategorii M1E nadal będą musiały spełniać pełne normy bezpieczeństwa przewidziane dla zwykłych aut osobowych. UE nie chce więc tworzyć „tanich puszek na kołach”, lecz kategorię małych elektryków, które mają być bezpieczne, tańsze w rozwoju i łatwiejsze do produkcji.

Dziesięć lat spokoju dla producentów
Pierwszy kluczowy mechanizm dotyczy homologacji. Producenci, którzy zatwierdzą model w nowej kategorii M1E, mają dostać dziesięć lat stabilności regulacyjnej. To bardzo ważny zapis.
W praktyce oznacza to, że przez dekadę nie będą musieli stale dostosowywać danego modelu do nowych wymagań dotyczących systemów wspomagania kierowcy. Dla koncernów to ogromna ulga. Mniej zmian, mniej kosztów, większa przewidywalność. A dla klientów potencjalnie niższa cena końcowa.
Drugi mechanizm to system bonusów klimatycznych. Producenci samochodów w Europie muszą pilnować rygorystycznych limitów emisji CO2 dla całej floty. Za ich przekroczenie grożą potężne kary, liczone nawet w miliardach euro.
Według projektu każdy samochód z nowej klasy, wyprodukowany i sprzedany w UE, miałby być liczony jako 1,3 pojazdu w rozliczeniach emisji CO2. To mocny bonus. Może zachęcić takie firmy jak Stellantis, Volkswagen czy Renault do szybszego wprowadzania małych elektryków na rynek.
Przeczytaj także: UE wprowadza nowe przepisy dla samochodów. Od lipca auta bez tych systemów nie wyjadą na drogi
Europa patrzy na Japonię, ale idzie własną drogą
Inspiracją dla unijnego pomysłu są japońskie kei-cars. To małe samochody, które w Japonii stanowią ponad jedną trzecią nowych rejestracji. Są kompaktowe, praktyczne i popularne w miastach.
Europejska wersja ma być jednak znacznie bardziej rygorystyczna. W Japonii dopuszcza się uproszczone standardy bezpieczeństwa i silniki benzynowe. UE nie chce iść tą drogą. Nowa klasa ma obejmować wyłącznie auta elektryczne i nadal wymagać pełnych testów zderzeniowych.
Renault 5 i Citroën ë-C3 zyskują. Dacia Spring wypada
Limit długości 4,20 metra już teraz dzieli rynek na zwycięzców i przegranych. Do grona aut, które mogą skorzystać na nowych zasadach, zaliczają się Renault 5 oraz Citroën ë-C3. To modele europejskie, które mieszczą się w wyznaczonych ramach.
Producenci mogą też zacząć projektować zupełnie nowe samochody dokładnie pod tę kategorię. To oznacza, że w kolejnych latach rynek może zostać zalany małymi elektrykami budowanymi specjalnie pod unijne przepisy.
Problem mają natomiast popularne importy. Dacia Spring oraz elektryczne Mini od BMW nie kwalifikują się w obecnym kształcie projektu, ponieważ Bruksela wymaga końcowego montażu na terenie Europy. To potężna bariera. Volvo EX30 również wypada z gry, ale z innego powodu: jest zaledwie o trzy centymetry dłuższe niż dopuszczalny limit.
UE chce ograniczyć przewagę tanich aut z Chin
Za projektem stoi także jasny cel gospodarczy. Bruksela chce utrudnić tanim importom z Chin korzystanie z unijnych bonusów. Dlatego korzyści mają być powiązane z produkcją na terenie UE.
Projekt przewiduje również surowe zasady pochodzenia dotyczące ogniw bateryjnych. To może okazać się problemem dla wielu firm, bo obecne łańcuchy dostaw wciąż mocno zależą od Azji. Branża motoryzacyjna już ostrzega, że spełnienie tych wymogów w krótkim czasie może być bardzo trudne.
Przywileje w miastach i wielka data: 2027 rok
Nowa wspólna kategoria na poziomie UE może dać miastom i gminom podstawę do wprowadzania specjalnych przywilejów dla małych elektryków. W grę wchodzą ułatwienia w parkowaniu, preferencyjne zasady wjazdu do centrów miast albo zwolnienia z części ograniczeń.
Formalne przyjęcie projektu spodziewane jest do połowy 2026 roku. Nowe zasady rejestracji miałyby wejść w życie na początku 2027 roku. Do tego czasu kierowcy muszą jednak uzbroić się w cierpliwość.
Najważniejszy problem pozostaje nierozwiązany: seryjnego małego samochodu elektrycznego za 15 000 euro, o którym mówi się od miesięcy, wciąż nie ma na rynku. UE szykuje przepisy, producenci liczą koszty, a kierowcy czekają na realnie tańsze auta.
