
Ekspert, który przewidział COVID-19, ostrzega przed kolejną pandemią: Już przed wybuchem pandemii COVID-19 ostrzegał, że świat nie jest gotowy na globalny kryzys zdrowotny. Teraz ponownie zabrał głos i wskazuje na zagrożenie, którego — jego zdaniem — nie wolno lekceważyć. Ekspert apeluje, by Europa i Zachód wyciągnęły wnioski z ostatnich lat, zanim będzie za późno.

Choć w Europie obecnie nie ma powodu do paniki, eksperci ostrzegają, że ignorowanie epidemii Eboli w Demokratycznej Republice Konga byłoby poważnym błędem. Takiego zdania jest Charlie Herbert, były brytyjski generał major, który przed laty kierował misją pomocową Wielkiej Brytanii podczas najtragiczniejszej epidemii Eboli w historii.
Herbert dobrze wie, jak trudna jest walka z takim wirusem. W latach 2014–2015 Ebola spustoszyła Sierra Leone, Gwineę i Liberię. Zmarło wówczas co najmniej 11 tysięcy osób. Dziś, gdy wirus ponownie rozprzestrzenia się w Afryce, ekspert apeluje, by Zachód nie odwracał wzroku. Jego zdaniem największym zagrożeniem nie jest dziś sama Ebola dla Europy, ale fakt, że świat wciąż lekceważy wirusy odzwierzęce, czyli takie, które mogą przenieść się ze zwierząt na człowieka.
Ekspert, który przewidział COVID-19, ostrzega przed kolejną pandemią: „Musimy zrobić wszystko, by to się nie powtórzyło”
Charlie Herbert przyznaje w wywiadzie z WEB.de, że najnowsze informacje z Konga natychmiast przywołały u niego wspomnienia z walki z Ebolą w Afryce Zachodniej. Jak mówi, „wybuchy Eboli w Demokratycznej Republice Konga nie są niczym nowym, ale obecna sytuacja budzi poważny niepokój”.
Jeszcze niedawno mówiło się o około 100 podejrzanych przypadkach. Teraz liczba ta wzrosła do ponad 1000. Potwierdzono już ponad 300 zakażeń, a co najmniej 49 osób zmarło. Ekspert zaznacza, że część wzrostu wynika z intensywniejszego wykrywania zakażeń, ale problemem jest skala obszaru objętego epidemią.
Wirus pojawił się w rejonach położonych blisko granicy z Ugandą i Sudanem Południowym. Zdaniem Herberta oznacza to, że trzeba zakładać istnienie wielu niewykrytych przypadków.
WHO ogłosiła międzynarodowy stan zagrożenia
Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła w związku z epidemią międzynarodowy stan zagrożenia zdrowia publicznego. To druga najwyższa kategoria alarmowa. Decyzja WHO pokazuje, że sytuacja nie jest traktowana jako lokalny problem jednego kraju.
Herbert podkreśla, że od czasu epidemii w Afryce Zachodniej i pandemii COVID-19 świat wiele się nauczył. Dziś istnieją lepsze narzędzia: szczepienia pierścieniowe, śledzenie kontaktów, kwarantanna i szybsze reagowanie. Problem w tym, że narzędzia te działają tylko wtedy, gdy są odpowiednio finansowane i wdrażane na miejscu.
Były wojskowy ostrzega, że ograniczanie środków na systemy zdrowia w krajach, gdzie istnieje wysokie ryzyko przenoszenia wirusów ze zwierząt na ludzi, jest bardzo niebezpieczne. Jego zdaniem cięcia w pomocy rozwojowej mogą okazać się krótkowzroczne.
„Następny wirus może przyjść do nas”
Herbert przypomina, że już w 2019 roku prowadził dla brytyjskiej armii badania dotyczące zagrożeń bezpieczeństwa związanych z wirusami. W swoim raporcie ostrzegał, że świat stoi u progu globalnej pandemii. Jak sam przyznaje, pomylił się tylko co do rodzaju wirusa — spodziewał się grypy, a rok później w świat uderzył COVID-19.
Według niego to doświadczenie powinno być dla państw zachodnich lekcją. Wirusy występujące u zwierząt, które dotąd nie zakażały ludzi, mogą w pewnym momencie przekroczyć barierę gatunkową. Szczególnym ryzykiem jest m.in. spożywanie mięsa dzikich zwierząt, które w wielu regionach Afryki jest nadal powszechne.
Ebola zabija szybko, dlatego nie rozprzestrzenia się tak łatwo jak niektóre inne choroby. Herbert pyta jednak, co stanie się, jeśli na ludzi przeniesie się wirus o niższej śmiertelności, ale znacznie większej zdolności do rozprzestrzeniania. W takim scenariuszu problem może bardzo szybko przestać być odległy.
Przeczytaj także: Ebola rozprzestrzenia się w kolejnym kraju. WHO: „Wirus przekracza granice”
Dlaczego Europa powinna się tym przejmować?
Były generał podkreśla, że walka z epidemią w Afryce nie jest wyłącznie kwestią humanitaryzmu. To także interes własny Europy. Jeśli epidemia wymknie się spod kontroli, może doprowadzić do kryzysu społecznego w regionie.
Konsekwencje mogą być odczuwalne daleko poza Afryką. Herbert wskazuje, że jeśli choroba sparaliżowałaby ważne węzły transportowe, takie jak lotnisko w Nairobi, problem przestałby być regionalny. Mogłyby pojawić się skutki gospodarcze, zakłócenia w podróżach i kolejne fale niestabilności.
Jego zdaniem szybkie powstrzymanie epidemii jest znacznie tańsze niż późniejsze radzenie sobie z chaosem, migracją, kryzysem zdrowotnym i skutkami gospodarczymi.
Walka z wirusem w strefie konfliktu jest wyjątkowo trudna
Sytuację komplikuje fakt, że ognisko epidemii znajduje się w regionie, w którym od lat trwają walki zbrojne. W północnej części Demokratycznej Republiki Konga armia walczy z milicjami, a tłem konfliktu są m.in. spory etniczne i kontrola nad surowcami.
Herbert przyznaje, że trudno sobie wyobrazić, jak skomplikowana musi być walka z epidemią w takich warunkach. Trzeba budować specjalne ośrodki dla chorych, śledzić kontakty zakażonych, organizować kwarantannę i bezpieczne pochówki. Wszystko to wymaga dostępu do ludności, zaufania i bezpieczeństwa dla pracowników medycznych.
W rejonie konfliktu każdy z tych elementów jest znacznie trudniejszy. Niestabilna sytuacja może więc poważnie spowolnić walkę z wirusem.
Tradycyjne pochówki zwiększają ryzyko zakażeń
Jednym z problemów w walce z Ebolą są również lokalne zwyczaje pogrzebowe. W wielu regionach Afryki rodziny tradycyjnie myją i dotykają ciała zmarłych. W przypadku Eboli jest to bardzo niebezpieczne, ponieważ wirus przenosi się przez płyny ustrojowe i zakażone powierzchnie.
Dlatego kontrolowanie pochówków jest jednym z kluczowych elementów walki z epidemią. To jednak bardzo delikatna sprawa, bo dotyka rodzin, religii, tradycji i żałoby. Narzucenie zasad bez zbudowania zaufania może wywołać opór społeczny.
Herbert podkreśla, że pomoc medyczna musi iść w parze z przekonywaniem ludzi. Bez zaufania miejscowej ludności nawet najlepsze procedury mogą nie zadziałać.
Brak zaufania do państwa i lekarzy utrudnia walkę z Ebolą
Kolejnym problemem jest słaba opieka zdrowotna i brak wystarczającej liczby lekarzy oraz pielęgniarek. W wielu miejscach ludzie bardziej ufają tradycyjnym uzdrowicielom niż oficjalnym placówkom medycznym.
To może sprzyjać rozprzestrzenianiu się wirusa. Jeśli uzdrowiciel dotyka jednego chorego, a potem kolejnych pacjentów, może nieświadomie przenosić zakażenie. Zdarza się też, że chorzy nie chcą trafić do kliniki Eboli, bo boją się, że już z niej nie wrócą.
W czasie epidemii w Sierra Leone brytyjska misja wykorzystywała osoby, które przeżyły Ebolę. Wysyłano je do wiosek, by opowiadały mieszkańcom swoją historię. Miały na sobie koszulki z napisem „Ebola Survivor”. Zdaniem Herberta było to bardzo skuteczne, bo ludzie widzieli, że leczenie może uratować życie.
Ostrzeżenie dla Zachodu
Ekspert mówi jasno: epidemie w odległych częściach świata nie powinny być traktowane jako cudzy problem. W czasach globalnych podróży, handlu i migracji lokalny kryzys zdrowotny może bardzo szybko stać się zagrożeniem międzynarodowym.
Herbert ostrzega, że państwa zachodnie nie powinny oszczędzać na prewencji pandemicznej, globalnych funduszach zdrowotnych i wsparciu dla systemów medycznych w krajach najbardziej narażonych na wybuch epidemii.
Jego zdaniem świat już raz dostał bardzo bolesną lekcję podczas pandemii COVID-19. Jeśli nie wyciągnie z niej wniosków, kolejne zagrożenie może znów zaskoczyć Europę i resztę świata.
